Łebo, Łebo zmierzam ku Tobieeee!!!! - taka melodyjka aż cisnęła się na usta :D
Co to był za dzień!
Szkoda, że aparat był pożyczony. Nie robiłam w tym dniu zdjęć, bo... by go chyba zalało.
Takiej ulewy na rowerze jeszcze nie przeżyłam.
A zapowiadało się tak pięknie :)
Wjechaliśmy Do Narodowego Parku Słowińskiego
Na początku przywitaliśmy się z Oharem :P
i Jeziorem Gardno :)
Potem przemierzaliśmy w kierunku Smołdzina
Aż dotarliśmy do Kluk, w których odwiedziliśmy stary Kaszubski cmentarz
Później Pani nas pokierowała jakąś drogą do Łeby. Ale w trasie lekko się pogubiliśmy. Dołączyliśmy do trójki rowerzystów. Przemili Państwo jechali tą drogą już kilka lat temu, więc stwierdziliśmy, że będzie raźniej jechać razem. Gdy tylko wjechaliśmy na Bagna Słowińskie, Lunęło. Przemierzaliśmy z prędkością lekko szybszą od marszu. Z Michałem nawet nie zakładaliśmy deszczówek, nie widzieliśmy takiego sensu.
Muchy końskie zaczęły nas kąsać po łydkach. Przeprawy przez bagienka, po resztkach kładek graniczyły z cudem, żeby wyjść z tego sucho. Po kolana w błocie, które zresztą na szczęście szybko było zmywane przez ulewę.
Gdy wyjechaliśmy z tych bagien, wjeżdżając już na drogę leśną, znaleźliśmy daszek, pod którym trochę zebraliśmy sił. Humory nam mimo wszystko dopisywały. Nie było żadnego podłamania lub irytacji.
W końcu coś się zaczęło dziać! :)
Dalsza droga, gdy deszcz przeszedł była również bardzo ciekawa. Nawet nie omijaliśmy kałuż na leśnych duktach, bo nie było jak. Przejeżdżaliśmy po nich perfidnie rowerami. Woda sięgała momentami do połowy kół. W jednym odcinku na drodze biegły koło nas pasące się na wolności krowy. Lekko się ich wystraszyłam, widząc, że nie są do niczego przywiązane.
Gdy wyjeżdżaliśmy z lasu, zaczęło dopadać nas zmęczenie i głód.
Dzień zakończył się już bardzo dobrze, choć trochę rosła nam frustracja co do wysuszenia rzeczy, które z racji pogody schnąć nie chciały. A mokrych przybywało coraz więcej.
Okazało się też, ze moje sakwy uszyte z nieprzemakalnego materiału są pod tym względem zawodne. Wtedy też zauważyliśmy, że na luzie jechaliśmy z odkrytymi karimatami. Ale człowiek uczy się na błędach :)
To było chyba najdłuższe 30 parę kilometrów, które zajęły nam prawie cały dzień.
Chciałam tylko w tym miejscu napomknąć, że Bagna Słowińskie są zdradliwe.
Pochłaniają wiele ofiar
Michał stracił licznik rowerowy, a ja rękawiczkę.
Więc jeśli tam kiedykolwiek się znajdziecie
Uważajcie
Nie wiecie co Was tam spotka!
:):):)