Dziś wróciłam z krótkiego wyjazdu w Tatry...
To była jednak dość wyjątkowa dla mnie wyprawa, ponieważ pierwszy raz postawiłam sobie za cel, brak celu, a jedynie cieszenie się chwilą, która będzie trwała.
Zwykle w górach pokonywałam szlaki na czas. Oczywiście cieszyłam się widokami, ale przeważnie głowę miałam ciągle zajętą różnymi myślami oraz tym, by wyprzedzić czas zaznaczony na mapce, i na tym skupiałam większość swojej uwagi. A to przyczyniało się do tego, że wyjazdy kończyły się szybciej niż myślałam i tak, że ich "nie czułam"...
Teraz na szczęście spróbowałam innej filozofii. Nastawiłam się na to, że tylko zobaczę Tatry i będę się nimi po prostu cieszyła w każdej chwili... Dało mi to o wiele więcej niż myślałam :)
Uświadomiłam sobie, że podróże, w których wychodzę naprzeciw przyrody, dostarczają mi poczucie spokoju, wolności i jedności zarazem. Natura nie selekcjonuje ludzi na zamożnych i niezamożnych, ładnych i brzydkich, mających wiedzę i nie mających jej wcale. Wszyscy są równi. Uczę się przy niej pokonywania swoich słabości, wrażliwości w dostrzeganiu otaczającego piękna i pokory wobec sił większych ode mnie, na które nie mam wpływu...
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz