Spiknęła się z Mochakiem na ostatkowe tańce, na międzypodtekstowe oblewanie zdobytego dyplomu (Tak, Pani dzwoniła do mnie, że mogę odebrać dyplom fototechnika, co do mnie jeszcze nie dociera :)
i żeśmy gustowały wina z winorośli z lat komuny i shishy o smaku przeterminowanej wiśni oraz watermelona o smaku gumy do żucia nieprzypomnianego producenta. W rozmowach o Iranie włączyłyśmy nutę bellydencową, bollywoodową i przed oczami miałam wielbłąda z dużymi zębami, który chodzi po pustyni w rytm muzyki. Ów wielbłąd przyczepił się do mnie tak mocno, że przypisywałam mu choreografię prawię do każdego kawałka, który usłyszałam. Nie mówiąc już o tym, że wcześniej przez godzinę siedziałyśmy przed klubem w oczekiwaniu, aż znajdzie się miejsce na nasze kurtki w szatni. Więc żeby odnaleźć się w tej paradoksalnej sytuacji, nasz system obronny podpowiadał nam, żebyśmy poczuły się jak nad morzem z widokiem na wysokie budynki....
Nie wiem nawet jak podsumować tą całą śmiesznie-dziwną sytuację jaka miała miejsce z wczoraj na dziś
Idę na rower, żeby przewietrzyć swoją wyobraźnię z resztek shishowego dżemu :)
Bo chyba jednak się starzeję
- kasiowa
- Któregoś dnia spróbowałam nie myśleć o tym co było i nie zamartwiać się o to co będzie. Usłyszałam ciszę. Poczułam spokój. Zauważyłam Słońce i piękny horyzont. Dostrzegłam innych ludzi. Zaistniałam. Znalazłam się w stanie, który odkładałam zawsze na kiedyś. Kiedy skończę studia, nie, to nie było wtedy. Kiedy znajdę pracę marzeń, kiedy założę rodzinę, kiedy objadę świat dookoła... To kiedyś nie następowało i nie nastąpi... Bo zapomniałam o TERAZ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz